Środa, 24 kwietnia 2019 r.   Imieniny: Horacego, Feliksa, Grzegorza
Polskie Radio PiK » Zwierzenia przy muzyce

Gość programu

Andrzej Grabowski

Okładka płyty „Pechy i Peszki”
Okładka płyty „Pechy i Peszki”
Polskie Radio PiK "Zwierzenia przy muzyce" - Andrzej Grabowski
Aktor, artysta kabaretowy. Opowiada o swojej najnowszej płycie „Pechy i Peszki”.

To, co śpiewam to są po prostu piosenki wykonywane takim ochrypłym głosem, bo innego nie posiadam. No i tyle, ale na pewno nie jest to piosenka aktorska...


Poniedziałek, 22 kwietnia godz.15:05
Czy lubi pan sformułowanie „śpiewający aktor”?

- Nie, bo łączy się z piosenką aktorską, a ja nie jestem jej wielbicielem. Piosenka aktorska polega na tym, że kiedy aktor śpiewa, że jest mu zimno, to musi być w płaszczu, ma podniesiony kołnierz i jest w kapeluszu. I wtedy to jest tzw. piosenka aktorska. No nie wiem czy to na tym polega. To, co ja śpiewam, to są po prostu piosenki wykonywane takim ochrypłym głosem, bo innego nie posiadam. No i tyle, ale na pewno nie jest to piosenka aktorska.

Wszystkie piosenki z najnowszej płyty wyszły spod jednego pióra, co jest i zaletą i trochę wadą, bo słychać, że stworzył je jeden autorski duet.

- No tak, ale to tworzy pewną całość. Mówię o tych dużych pechach i tych mniejszych peszkach. Całość mówi o zabobonach, przesądach, sposobach na ich unikanie itd… I to tworzy jakąś jedność, a bardziej się obawiam tego, że indywidualna, jednostkowa piosenka z tej płyty może być niezrozumiała.

A czy identyfikuje się pan z tekstami tych piosenek?

- Trudno odpowiadać mi na to pytanie. Mogę jedynie powiedzieć o tym, czy jestem na przykład zabobonny. Nie jestem. Kiedyś byłem i wydawało mi się, że muszę uciekać przed czarnym kotem albo przydeptać tekst, który mi spadł. Ale wyleczyłem się z tego. Po prostu robiłem to wszystko na przekór, szukałem czarnych kotów, żeby im przejść drogę. Rzucałem teksty na podłogę, gwizdałem i jakoś pozbyłem się tych przesądów, zabobonów i teraz jest łatwiej żyć. Nie znam człowieka, który jest tylko szczęśliwy albo człowieka, który ma jedynie pecha i jest nieszczęśliwy. Te chwile szczęścia przecież przychodzą. Nie to, że cały dzień jesteśmy szczęśliwi, jesteśmy szczęśliwi przez 5 - 10 minut, pół godziny, po czym przychodzi dołowanie i jesteśmy nieszczęśliwi przez następne dwie godziny. Po czym znowu znajdziemy jakiś powód, albo powód sam nadejdzie, żeby przez chwilę być szczęśliwym. No i tak trwa to nasze życie.

Czy zmieniał pan te teksty pod siebie czy po prostu przyjął je z dobrodziejstwem?

- Przyjąłem to z dobrodziejstwem, bo to nie był przecież mój pomysł. Tomek Sierajewski zadzwonił do mnie mówiąc: „Jestem Tomek i napisałem 10 piosenek. Chciałbym, żebyś je zaśpiewał”, a ja mówię: „Nie jestem piosenkarzem, ale spróbujmy”. I spróbowałem. Okazało się, że nagrałem jedną piosenkę i później sukcesywnie dograłem pozostałe 9 i powstała z tego płyta. Ponieważ nie ja byłem pomysłodawcą, nie ja byłem człowiekiem, który to wymyślił, tylko dostałem to jak tak zwane prace zlecone. Mój zawód polega na tym, że się dostaje prace zlecone i albo się to bierze albo nie. Więc zrobiłem to.

Pana życie składa się z takich różnych sprawności. Albo gra pan w teatrze, filmie albo śpiewa, ocenia innych tańczących.

- Parę lat temu oceniałem jeszcze piszących w „Hurtowni książek”. Sam się dziwię, że to wszystko robię...

Długo trzeba było pana namawiać do tego, żeby podjął pan to wyzwanie nagrania kolejnej płyty?

- Nie. Z pierwszą płytą było dziwnie. Zaśpiewałem na koncercie poświęconym Maklakiewiczowi i Himilsbachowi i potem nagraliśmy te piosenki. Jedna z nich zyskała dużą popularność, była na Liście Przebojów Programu Trzeciego Polskiego Radia i nawet była dwa tygodnie na pierwszym miejscu. Namówił mnie wówczas kompozytor abym może wydał solową płytę, a Universal - firma płytowa - zainteresowała się tym i tak wydaliśmy pierwszą solową płytę. Teksty napisali mi moi przyjaciele: Andrzej Poniedzielski, Janek Wołek, Janek Nowicki, ja napisałem jeden i tak powstała pierwsza płyta. Potem powstała druga, gdzie teksty napisał już sam Janek Wołek, a muzykę cały czas Krzysiek Niedźwiecki. Teraz powstała trzecia, gdzie ani Wołek ani Niedźwiecki nie mieli z nią nic do czynienia. Tomek Sierajewski napisał muzykę, a teksty Sławomir Młynarczyk, a ja zaśpiewałem i dobrze się czuję w takiej formule.

Nie używa pan tutaj głosu niczym śpiewak operowy – belcanta?

- Nie można używać czegoś, czego się nie ma, więc nie używam rzeczywiście, podobnie jak nie mam dwóch metrów wzrostu i chociażby nie wiem jak bym udawał, że mam mieć to nie będę.

W jednym z wywiadów stwierdził pan: „Nie umiem śpiewać, nagrałem trzecią płytę i można się znajdować się ze swoimi piosenkami na listach przebojów.”

- Ale tak bywa. Widocznie doceniają również to, że ktoś nie za pięknie śpiewa, ale za to - nie chcę tego słowa użyć, bo będę podejrzewany o brak skromności - że śpiewa prawdziwie. To znaczy nic tam nie jest dorabiane, bo przy dzisiejszej technice można przecież tak sterować głosem i tak go przerabiać, podrabiać, naciągać, wygładzać, głaskać, że ten głos będzie piękny.

No ale potem jest weryfikacja na koncertach.

- Oczywiście. Ja co prawda nie koncertuję - jeszcze, mimo że jestem namawiamy - ale może ludzie doceniają właśnie prawdziwość mojego śpiewu, to znaczy, że on nie jest podrabiany, dorabiany, nie są dosypywane tam brokaty czy aksamity.